Okolice Hanoi na rowerze / Wietnam. Ruch uliczny jest jednak do opanowania!

Postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową. Generalnie świetny pomysł, można przemieścić się na znacznie większe dolegliwości. Nie jest się zamkniętym w puszcze samochodu, czyli docierają do nas zapachy i dźwięki. A do tego kocham rower – wydawałoby się same plusy! I tak też mi się wydawało dopóki nie dotarł do mnie fakt, że ja na tym rowerze muszę przejechać przez Hanoi! Z centrum starego miasta, przez szalony wietnamski ruch, w którym wydaje się, że nie ma żadnych reguł i prawidłowości! Byłam przerażona, ale kto ma dać rade jak nie ja! Tak sobie powtarzałam, co wcale nie zmniejszyło mojego przerażenia kiedy założyłam kask, wsiadłam na rower i wyjechałam na ulicę. Pierwsze 10 minut to był horror :) Z każdej strony pojazd, jada trąbią, prawie ocierają się o siebie, a ja środku tej masakry na rowerze! Miałam ochotę zamknąć oczy i jechać na ślepo w nadziei, że jakoś się uda. Ale muszę powiedzieć, że w tym ulicznym rozgardiaszu jednak jest sens i da się go ogarnąć. To chyba tak jak ryby poruszają się w ogromnych ławicach, podobnie jest z ruchem drogowym w Wietnamie. Trzeba się po prostu wczuć w jego rytm i tempo i podążać za większością. W żadnym wypadku nie wolno zwątpić, no i zasada jest jedna, ustępuj większemu :) Muszę powiedzieć, że początkowe przerażenie przerodziło się w ogromną satysfakcję i radość, że jestem w stanie się dopasować, wczuć i jechać razem ze innymi.
Przemierzając miasto na jednej z głównych ulic znajdziemy długaśną mozaikę. Powstała tam kilka lat temu na tysiąclecie miasta, a przynajmniej tak twierdził nasz rowerowy przewodnik. 
Wybraliśmy wycieczkę za miasto między innymi dlatego, że jej trasa prowadzi przez most zaprojektowany przez pana Gustava Eiffel’a – tego samego co jest twórcą Wierzy Eiffela w Paryżu. Most niestety bardzo ucierpiał w czasie wojny i całe kawały zniszczone. Niestety nie zrekonstruowano go w całości, ale to co zostało jest piękne!
Jest to most kolejowy a wzdłuż ciągną się ścieżki, które wyjściowo pewnie były piesze, ale teraz pędzi nimi sznur motorków.

Po drodze zajechaliśmy do świątyni religii o której wcześniej nie słyszałam. Przewodnik mówił o kulcie czterech matek. Każda z nich miała powiązanie z którymś z żywiołów. Wszystko to dość enigmatycznie opowiadał, chyba miał również małe pojęcie o tym co mówił. Niestety ani wujek Google ani ciocia Wikipedia nie pomogli mu w rozwiązaniu tej zagadki, ale świątynie ładne :)

Dary dla Bogów składane im w ofierze zawsze mnie rozczulają. Mleko w proszku i cukierki szczególnie są przydatne w świątyniach. 

Pola ryżowe zaczynają się zaraz za granicą miasta i ciągną się gdzie okiem sięgnąć. Lubie ich soczystą zieloną barwę.

Naszym celem była cytadela Co Loa, która znajduje się około 15 km na północny zachód od Hanoi. Zbudowana została w połowie III wieku przed naszą erą. Niestety do dziś przetrwały tylko fragmenty.

Znajduje się tu świątynia poświęcona władającemu tu kiedyś królowi. 

Legenda opowiada o królu Thuc Phan’ie, który pokonał ostatniego króla Hungów w 257 roku p.n.e, który następnie założył królestwo Au Lac ze stolicą w Co Loa. Początkowo miasto miało inną lokalizację, ale budowa nie mogła zostać ukończona, gdyż to co zostało zbudowane w dzień burzyło się w nocy. Jak się okazało król budował swoje miasto na skorupie gigantycznego żółwia. Pewnej nocy żółw powiedział królowi aby miasto zbudował w tym miejscu gdzie znajduje się teraz.

Miasto było w kształcie zakręconej muszli miało 9 murów, z których każdy był chroniony fosą.
Żółw w podziękowaniu za zmianę lokalizacji podarował królowi swój szpon, który miał służyć jako spust kuszy. Dzięki użyciu tego szpona kusza zwiększała ogromnie swoją siłę rażenia.

Pobliski władca chciał zdobyć królestwo Au Lac, aby wykraść ów cudowny szpon, ale został pokonany. Postanowił więc zadziałać podstępem i ożenił swojego syna z córką króla. Kiedy syn złego władcy przebywał w Co Loa odnalazł szpon i wykradł go a następnie w łatwością razem z ojcem dokonał inwazji na królestwo żony.

Jest kilka wersji tego jak dobry król Thuc zginął. Jedna mówi o tym, że popełnił samobójstwo skacząc do oceanu. Inna o tym, że magiczny żółw zabrał go ze sobą do morza i nie widziano go nigdy więcej. Kolejna o tym, że żółw powiadomił króla o zdradzie jego córki, która wydała magiczny szpon mężowi – król zabił swoją córkę a potem odszedł z żółwiem.

Przydrożny sklepik :) Dawali tu pyszny napój z trzciny cukrowej z lodem. Wiem, że picie czegoś z lodem na prowincji w Azji to nie najlepszy pomysł, ale chyba nasze przewody pokarmowe już przywykły do tutejszej flory bakteryjnej, gdyż nic nam nie było później.

Pola ryżowe


I mały rzut oka na rzekę Czerwoną.

Ma kolor herbaciany, a po wietnamsku nazywa się rzeką różową. Tego koloru też tam nie widziałam.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


*